Recenzja / Fałszywy Pocałunek - Mary E. Pearson

ang. The Kiss of Deception / wyd. Initium 2017 / 544 str.

W literaturze fantastycznej dla młodzieży coraz częściej sięga się do średniowiecza, a właściwie jego alternatywnej wersji by ulokować tam akcję powieści. Przez chwilę mieliśmy modę na masowe spoglądanie w przeszłość i przewidywanie co może nas czekać. Teraz, kiedy cały ten szał odrobinę ucichł wracają stare schematy i autorzy patrzą i czerpią raczej z przeszłości i to dalekiej. Tak jest także w przypadku Mary E. Pearson i jej Kronik Ocalałych, gdzie być może same zamki i życie dworskie nie jest widoczne, jednak bez problemu można znaleźć wiele aspektów codzienności wieków średnich.

W pierwszej części cyklu śledzimy losy Lii, siedemnastoletniej księżniczki królestwa Morrighan. Poznajemy ją w dzień jej zamążpójścia - dziewczyna ma poślubić księcia z sąsiadującej krainy w celu utrzymania niepewnego sojuszu. Problem w tym, że nigdy nie widziała chłopaka na oczy i nie wie jakim jest człowiekiem, a ona nie ma zamiaru wiązać się z kimś, kogo nie kocha. Porywa się więc na jedyny czyn, jaki w tym momencie może uchronić ją przed tą beznadziejną sytuacją - ucieka. Nie zdaje sobie jednak sprawy, że jej tropem rusza zarówno zabójca jak i sam książę.

O Fałszywym Pocałunku było dość głośno za granicą kilka lat temu, jednak na polski rynek wszedł on raczej po cichu. Przyznam szczerze, że zmiana oryginalnej okładki i uproszczony (choć jak najbardziej trafiony) tytuł zdołały mnie zmylić i w pierwszym momencie nie wiedziałam, że dostaję do recenzji właśnie tę książkę. Potem dodałam dwa do dwóch i moje oczekiwania momentalnie skoczyły do góry. W polskim wydaniu powieść ma ponad pięćset stron, co przez dłuższy czas trochę mnie przerażało (ze względu na studia nie mogę wiązać się z długimi książkami, to zbyt niebezpieczne), ale ostatnio znalazłam wreszcie czas żeby się z nią zapoznać.



Przez około trzysta stron nie byłam zbytnio przekonana do książki. Lia miała muchy w nosie i nie mogła wykonać swojego obowiązku, więc uciekła sprowadzając na wszystkich w swoim królestwie niebezpieczeństwo, a jednocześnie cały czas próbowała udowodnić, że normalne życie na wsi jest dla niej. Często udało się jej mnie porządnie zirytować swoim zachowaniem i po prostu sposobem bycia, jeszcze gorsza zrobiła się kiedy uruchomił się jej syndrom bohatera, chociaż przynajmniej zaczęła brać odpowiedzialność za swoje czyny. Drugim bohaterem, który działał mi na nerwy był Zabójca, który spotyka Lię i zamiast wykonać zlecone mu zadanie zwleka z tym i w końcu zaczyna coś do niej czuć. Czy nie czyni to z niego bardzo kiepskiego mordercy, skoro nie potrafi oddzielić swojego życia prywatnego od zawodowego, że tak się wyrażę? Natomiast Książę wydał mi się mdły i po prostu nudny, zawsze omijała go najlepsza zabawa.

Jednak na kolejnych stronach jeden potężny zwrot akcji dosłownie zwalił mnie z nóg. Siedziałam w osłupieniu dobre pięć minut i w tamtym momencie wiedziałam, że pokocham tą historię. Wszystko nabrało nagle większego sensu! Zmusiło mnie to do przemyślenia wszystkiego, czego do tej pory się dowiedziałam i ostatnie dwieście stron przefrunęło mi między palcami w zawrotnym tempie.

Fałszywy Pocałunek nie był idealny, ale jest dobrym startem dla kolejnych tomów. Stylowo autorka nie zachwyca, niektóre dialogi były sztuczne, brakowało mi również nieco bardziej szczegółowych i plastycznych opisów miejsc i przestrzeni. Bohaterowie zostali napisani całkiem nieźle, liczę, że ich rozwój zostanie jeszcze lepiej zakrojony w kontynuacji. Fabuła za to obfitowała w zbędne,moim zdaniem, wątki poboczne, bez nich książka mogłaby być nie tylko krótsza, ale i bardziej skondensowana, a akcja nie zwalniałaby tak drastycznie w wielu momentach. Jednak autorce udało się wodzić mnie za nos i bawić się moim kosztem przez większą jej część, co bardzo sobie w książkach cenię, i co zbalansowało niejako wszystkie wymienione wyżej niedociągnięcia.



Mimo tego, że powieść Pearson specjalnie mnie nie zachwyciła i nie porwała, to nadal udało się jej skutecznie przyciągnąć i utrzymać moją uwagę. Kibicowałam bohaterom, przeżywałam razem z nimi smutki i radości i po prostu dobrze się bawiłam. Na waszym miejscu nie szukałabym w Fałszywym Pocałunku wielkiej fantastycznej przygody, w końcu to tylko kolejna młodzieżówka, ale jeśli rozglądacie się za w miarę lekką i niesamowicie przyjemną książką, to zdecydowanie polecam sięgnąć właśnie po tę!

Wszystkie recenzje, inne teksty, zdjęcia stosików i zdjęcia książek zamieszczone na blogu Zaczytana Blondynka są moją własnością i nie zgadzam się na ich kopiowanie bez mojej wiedzy i zgody.
(Na mocy Dz.U.1994 nr 24 poz. 83, Ustawa z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych).