Ariana | Blogger | X X X X

30.10.2017

Recenzja / Fałszywy Pocałunek - Mary E. Pearson

ang. The Kiss of Deception / wyd. Initium 2017 / 544 str.

W literaturze fantastycznej dla młodzieży coraz częściej sięga się do średniowiecza, a właściwie jego alternatywnej wersji by ulokować tam akcję powieści. Przez chwilę mieliśmy modę na masowe spoglądanie w przeszłość i przewidywanie co może nas czekać. Teraz, kiedy cały ten szał odrobinę ucichł wracają stare schematy i autorzy patrzą i czerpią raczej z przeszłości i to dalekiej. Tak jest także w przypadku Mary E. Pearson i jej Kronik Ocalałych, gdzie być może same zamki i życie dworskie nie jest widoczne, jednak bez problemu można znaleźć wiele aspektów codzienności wieków średnich.

W pierwszej części cyklu śledzimy losy Lii, siedemnastoletniej księżniczki królestwa Morrighan. Poznajemy ją w dzień jej zamążpójścia - dziewczyna ma poślubić księcia z sąsiadującej krainy w celu utrzymania niepewnego sojuszu. Problem w tym, że nigdy nie widziała chłopaka na oczy i nie wie jakim jest człowiekiem, a ona nie ma zamiaru wiązać się z kimś, kogo nie kocha. Porywa się więc na jedyny czyn, jaki w tym momencie może uchronić ją przed tą beznadziejną sytuacją - ucieka. Nie zdaje sobie jednak sprawy, że jej tropem rusza zarówno zabójca jak i sam książę.

O Fałszywym Pocałunku było dość głośno za granicą kilka lat temu, jednak na polski rynek wszedł on raczej po cichu. Przyznam szczerze, że zmiana oryginalnej okładki i uproszczony (choć jak najbardziej trafiony) tytuł zdołały mnie zmylić i w pierwszym momencie nie wiedziałam, że dostaję do recenzji właśnie tę książkę. Potem dodałam dwa do dwóch i moje oczekiwania momentalnie skoczyły do góry. W polskim wydaniu powieść ma ponad pięćset stron, co przez dłuższy czas trochę mnie przerażało (ze względu na studia nie mogę wiązać się z długimi książkami, to zbyt niebezpieczne), ale ostatnio znalazłam wreszcie czas żeby się z nią zapoznać.



Przez około trzysta stron nie byłam zbytnio przekonana do książki. Lia miała muchy w nosie i nie mogła wykonać swojego obowiązku, więc uciekła sprowadzając na wszystkich w swoim królestwie niebezpieczeństwo, a jednocześnie cały czas próbowała udowodnić, że normalne życie na wsi jest dla niej. Często udało się jej mnie porządnie zirytować swoim zachowaniem i po prostu sposobem bycia, jeszcze gorsza zrobiła się kiedy uruchomił się jej syndrom bohatera, chociaż przynajmniej zaczęła brać odpowiedzialność za swoje czyny. Drugim bohaterem, który działał mi na nerwy był Zabójca, który spotyka Lię i zamiast wykonać zlecone mu zadanie zwleka z tym i w końcu zaczyna coś do niej czuć. Czy nie czyni to z niego bardzo kiepskiego mordercy, skoro nie potrafi oddzielić swojego życia prywatnego od zawodowego, że tak się wyrażę? Natomiast Książę wydał mi się mdły i po prostu nudny, zawsze omijała go najlepsza zabawa.

Jednak na kolejnych stronach jeden potężny zwrot akcji dosłownie zwalił mnie z nóg. Siedziałam w osłupieniu dobre pięć minut i w tamtym momencie wiedziałam, że pokocham tą historię. Wszystko nabrało nagle większego sensu! Zmusiło mnie to do przemyślenia wszystkiego, czego do tej pory się dowiedziałam i ostatnie dwieście stron przefrunęło mi między palcami w zawrotnym tempie.

Fałszywy Pocałunek nie był idealny, ale jest dobrym startem dla kolejnych tomów. Stylowo autorka nie zachwyca, niektóre dialogi były sztuczne, brakowało mi również nieco bardziej szczegółowych i plastycznych opisów miejsc i przestrzeni. Bohaterowie zostali napisani całkiem nieźle, liczę, że ich rozwój zostanie jeszcze lepiej zakrojony w kontynuacji. Fabuła za to obfitowała w zbędne,moim zdaniem, wątki poboczne, bez nich książka mogłaby być nie tylko krótsza, ale i bardziej skondensowana, a akcja nie zwalniałaby tak drastycznie w wielu momentach. Jednak autorce udało się wodzić mnie za nos i bawić się moim kosztem przez większą jej część, co bardzo sobie w książkach cenię, i co zbalansowało niejako wszystkie wymienione wyżej niedociągnięcia.




Mimo tego, że powieść Pearson specjalnie mnie nie zachwyciła i nie porwała, to nadal udało się jej skutecznie przyciągnąć i utrzymać moją uwagę. Kibicowałam bohaterom, przeżywałam razem z nimi smutki i radości i po prostu dobrze się bawiłam. Na waszym miejscu nie szukałabym w Fałszywym Pocałunku wielkiej fantastycznej przygody, w końcu to tylko kolejna młodzieżówka, ale jeśli rozglądacie się za w miarę lekką i niesamowicie przyjemną książką, to zdecydowanie polecam sięgnąć właśnie po tę!
3

19.09.2017

Recenzja / Pasażerka - Alexandra Bracken



Pasażerka to nowa powieść Alexandry Bracken. Autorkę polski czytelnik może kojarzyć z trylogii Mroczne Umysły, która ukazała się kilka lat temu nakładem wydawnictwa Moondrive. W tej książce Bracken zabiera nas w podróż poprzez czas i przestrzeń, niczym sam Doktor Who, jednak zamiast w Tardis przemieszczać się będziemy przez magiczne tunele by razem z bohaterami odnaleźć antyczny artefakt.

W powieści śledzimy losy prawie osiemnastoletniej Etty, utalentowanej skrzypaczki u progu wielkiej kariery, której życie przewróciło się do góry nogami w ciągu nocy. W jednej chwili znajdowała się we współczesnym jej Nowym Jorku, a w następnej była już na statku, gdzieś na otwartym morzu u schyłku XVIII wieku, otoczona przez zgraję korsarzy. Ich zadaniem jest dowieźć ją na spotkanie z Ironwoodem, demonicznym podróżnikiem w czasie nie mającym skrupułów w dążeniu do wypełnienia swoich planów. Dziewczyna zostaje wciągnięta w niebezpieczne poszukiwania rodzinnej pamiątki, jej przeciwnikiem jest czas, a stawką życie bliskiej jej osoby,

Podróże w czasie to temat, który ugryziony we właściwy sposób i przez odpowiednią osobę może zamienić każde dzieło kultury w fascynującą przygodę, a przynajmniej dla mnie zawsze tak było, właśnie dlatego tak uwielbiam serial Doctor Who. Niestety jeśli chodzi o książki nie miałam szczęścia ze znalezieniem jakiejś traktującej bezpośrednio o przenoszeniu się w przeszłość czy w przyszłość, która jednocześnie byłaby napisana dobrze i ciekawie. Nie wiem, może szukałam w złych miejscach. W każdym razie nowa powieść Alexandry Bracken zalicza się akurat do tych, które mają coś do zaoferowania nawet tak wymagającemu czytelnikowi jak ja.

Konstrukcja fabuły jest całkiem zgrabna. Autorka wymyśliła mający sens system poruszania się między różnymi epokami, który naprawdę fascynuje i wpisuje się idealnie w opowiadaną przen nią historię. Wszystko jest logicznie wytłumaczone i spójne. Tak jak w Mrocznych Umysłach kreacja bohaterów jest prawie bez zarzutu. Z tymi dobrymi można sympatyzować i im kibicować, a ci źli wywołują negatywne emocje, ale dlatego, że ich pobudki i motywacje są niewłaściwe, nie dlatego, że mają być niegodziwi, by zrównoważyć Ettę, Nicholasa i resztę. Jednak niektóre postaci posiadają jedną lub dwie cechy, które zostały przerysowane i ujawniając się w różnych sytuacjach są naprawdę irytujące (jak na przykład skłonność Nicholasa do dramatyzowania). Mam nadzieję, że w kolejnych tomach serii autorka nieco wygładzi owe przypadłości, bo odbierają one bohaterom wiarygodność.

Bardzo miłym zaskoczeniem były przewijające się akcenty społeczno-polityczne odpowiednie dla okresu historycznego, w którym znajdowali się bohaterowie i wzbogacanie ich komentarzem. Pojawianie się tematów niewolnictwa czy statusu kobiet w XVIII wieku i wstecz to bardzo ciekawe i przemyślane urozmaicenie, dodające postaciom głębi i charakteru. Jest to także dobry sposób na sprowokowanie dyskusji o zmianach, jakie zaszły w normach społecznych na przestrzeni wieków. Kolejną ogromną zaletą książki są szybkie i absolutnie niespodziewane zwroty akcji. Bracken dosłownie nie cofa się przed niczym i nie idzie najprostszą ścieżką fabularną, dzięki czemu Pasażerki nie można nazwać schematyczną i banalną.

Pasażerka to dowód na to, że można napisać ciekawą powieść o podróżach w czasie dla młodzieży, bez popadania w przesadę i kicz, jak to było w przypadku Trylogii Czasu Kirsten Gier. Nowa książka Bracken może nie jest idealna, ale zapewnia czytelnikowi świetną zabawę i po prostu wciąga, z każdą przewracaną stroną rośnie apetyt na więcej przygód Etty. Bardzo fajne jest też uwzględnienie tła społecznego do przedstawianych wydarzeń w przeszłości. No i ten fragment, gdzie jeden z bohaterów recytuje wiersz Johna Donne'a -- żaden student filologii angielskiej nie przejdzie koło niego obojętnie! Także Alexandra Bracken mnie nie zawiodła i z niecierpliwością czekam na kontynuację serii.
5

08.08.2017

Powrót do świata Allomantów // Stop prawa - Brandon Sanderson


Stop prawa Brandona Sandersona to powieść rozpoczynająca trylogię o przygodach Waxa i Wayne’a, już drugą serię rozgrywającą się w uniwersum Allomantów. Planeta Scadrial unowocześnia się, powstają koleje, do domów arystokracji wkroczyła elektryczność, a w stolicy nowego imperium zaczyna się rywalizacja architektów i konstruktorów o to, kto jest w stanie zaprojektować i zbudować najwyższy wieżowiec.

Jednak Waxilliuma Ladriana poznajemy nie w jego rozświetlonej rezydencji czy na jednym z wydarzeń towarzyskich, a podczas wykonywania misji na opuszczonych i niebezpiecznych terenach zwanych Dziczą. Mężczyzna w sile wieku, arystokrata, dziedzic rodzinnej fortuny, a także znakomity Stróż Prawa ostatnie dwadzieścia lat spędził właśnie tam,na obrzeżach Elendel, zaprowadzając porządek w miejscu,w którym panowało bezprawie i chaos. Jednak osobista i rodzinna tragedia zmusza go do powrotu do stolicy i przejęcia władzy nad pozostawionym mu przez wuja majątkiem. Wax jest zmuszony do porzucenia swojego wcześniejszego życia i powrotu do bycia arystokratą, co w żaden sposób nie pozwala mu realizować ambicji i celów. Jak się jednak okazuje, także w stolicy czyha mnóstwo intryg i zagadek, a mroczna przeszłość dopada Waxa zdecydowanie wcześniej, niż by sobie tego życzył.

Do kompletu dostajemy Wayne’a, czyli jego najlepszego przyjaciela, a jednocześnie towarzysza przygód. To bardzo istotny bohater, wprowadzający potrzebny element komiczny. Dzięki swoim zdolnościom związanym ze spalaniem bizmutu nie raz pomógł Waxowi wyjść z nawet najbardziej beznadziejnej sytuacji. Wax i Wayne tworzą zgrany duet i nie straszne jest im żadne wyzwanie. Oprócz nich w powieści znaczącą rolę odgrywa niepozorna Marasi, młoda, inteligentna i sprytna studentka prawa zafascynowana oboma Stróżami Prawa, która może nie jest najbardziej wyrazistą postacią kobiecą w tej książce, jednak udaje jej się krok po kroku przekonać do siebie zarówno pozostałych bohaterów, jak i czytelników.

Świat, w którym rozgrywa się akcja, jest znajomy, jednak nie identyczny z tym znanym z oryginalnej trylogii Ostatnie Imperium. Dużo się zmieniło, zaczynając od podziału terytorialnego, a kończąc na allomantycznych i feruchemicznych zdolnościach u ludzi. Po wydarzeniach z Bohatera Wieków osoby, które przetrwały, musiały zaplanować na nowo swój świat. Powstały zatem nowe miasta, ustanowiono od początku system klasowy i prawa, które miały obowiązywać mieszkańców. A zrobiono to w ten sposób, by Allomancja nadal była dziedziczona jedynie przez arystokrację. Dodatkowo do rozwoju społeczeństwa po Ostatnim wstąpieniu w dużym stopniu przyczynili się Terrisanie, których zdolności feruchemiczne szybko się rozprzestrzeniły. W nowym świecie całkiem normalne jest by Allomanta był także Feruchemikiem. Nazywa się go wtedy Podwójnym, a kombinacje tych dwóch zdolności mogą być różne. Z kolei zarówno Zrodzeni z mgły jak i cenne atium stali się jedynie elementami legend, czymś, co już na zawsze zostało utracone.


Mimo, że jest to oddzielna seria i z trylogią rozpoczętą Z mgły zrodzonym dzieli tylko uniwersum, to nadal uważam, że warto przeczytać oryginalną trylogię, zanim sięgniecie po tę książkę. Wydarzenia nie mają nic wspólnego z Vin, Elendem czy innymi bohaterami tamtej trylogii, jednak pojawia się do nich wiele odniesień, zarówno bezpośrednich, jak i pośrednich. No i warto poznać wcześniej zasady panujące w świecie przedstawionym, ponieważ w Stopie prawa Sanderson nie poświęca im zbyt wiele uwagi. Samo poznanie tej historii od początku może potem wpłynąć na opinię jaką wyrobimy sobie o tej powieści.

Zagłębiając się w lekturę Stopu prawa, nie wiedziałam tak naprawdę, czego się spodziewać. Historia Vin i Elenda dobiegła końca wraz z Bohaterem wieków, więc oczywistym wydało mi się, że będę miała do czynienia z inną grupą bohaterów w odnowionym świcie, gdzie nie wszystko musi być takie samo. To dobrze, bo Sanderson wyczerpująco przedstawił losy bohaterów Z mgły zrodzonego i dalsze ich ciągnięcie mogłoby być niewarte uwagi i po prostu nudne. Dlatego przeskoczenie trzystu lat wprzód wydaje się bardzo trafnym rozwiązaniem, ponieważ dzięki temu możemyzaobserwować jak rozwój technologiczny wpłynął na światprzedstawiony, a także jak Allomancja i Feruchemia mają się do wynalezienia innych rodzajów broni zdalnej. Ciekawe okazało się także wprowadzenie zmian do systemu magicznego, co sprawiło, że nawet obeznany z nim czytelnik może mieć wątpliwości czy wcześniej obowiązujące zasady nadal są w użyciu. Kolejną zaletą jest także objętość książki, która w porównaniu do wcześniejszych powieści z tej serii jest o połowę mniejsza, co nie znaczy jednak, że Stop prawa nie jest pełen wartkiej akcji, którą dodatkowo podsyca interesująco skonstruowana zagadka kryminalna.

Brandon Sanderson nie wychodzi z formy i serwuje czytelnikom kolejną dawkę epickich przygód Allomantów i Feruchemików, tym razem w zmienionym, unowocześnionym świecie. Stop prawa to pierwszy tom nowej serii, co oznacza nowych bohaterów i nowe przygody, które są równie ekscytujące i zajmujące, co te opisane na kartach oryginalnej trylogii. Zdecydowanie warto ją poznać i razem z Waxem i Waynem przemierzać tereny Elendel w poszukiwaniu przygód. Dla fanów tego autora oraz trylogii Ostatnie Imperium jest to pozycja obowiązkowa.
1

19.07.2017

Recenzja / Królowa Tearlingu - Erika Johansen

org. "The Queen of the Tearling'' Erika Johansen / wyd. Galeria Książki 2015 / 485 stron

Królowa Tearlingu opowiada historię dziewiętnastoletniej Kelsea, dziedziczki tronu Tearlingu. Poznajemy ją w momencie, gdy straż królewska stawia się u drzwi leśnej chaty, w której dziewczyna spędziła całe swoje dotychczasowe życie, by odeskortować ją do stolicy. Tam Kelsea ma odebrać władzę z rąk jej wuja, dotychczasowego regenta królestwa. Nie brzmi zbyt skomplikowanie i ani trochę niebezpiecznie, haczyk jest jednak w tym, że Szkarłatna Królowa władająca sąsiednim państwem oraz sam regent za wszelką cenę nie chcą dopuścić do tego, by dziedziczka zasiadła na tronie. Droga do władzy Kelsea będzie długa i wyboista. Czy dziewczyna zdoła przeżyć i objąć władzę?

Królową Tearlingu kupiłam jakiś rok temu na jednej z wyprzedaży na stronie wydawnictwa zachęcona licznymi pozytywnymi recenzjami, zarówno w polskiej jak i w zagranicznej blogosferze. Polecała ją między innymi Regan z kanału PeruseProject, której wyborom ufam niemal bezgranicznie. Rozumiecie więc, że zabierając się wreszcie do tej powieści miałam wobec niej określone oczekiwania. Chciałam żeby świat mnie zaczarował i wciągnął, chciałam żeby była jakaś wartka akcja i postacie, z którymi można sympatyzować. Jednocześnie gdzieś z tyłu głowy przypominała o sobie świadomość, że to fantastyka dla młodzieży, nie wiadomo czego można się po niej spodziewać, jednak ja wciąż miałam nadzieję, że będzie się to przynajmniej przyjemnie czytało. Tyle o tym co chciałam, a teraz trochę o tym jak było rzeczywiście.




Zacznę może od plusów. Powieść Johansen wyróżnia się bardzo interesującą fabułą, a raczej pomysłem na fabułę, bo z realizacją wyszło jak wyszło. Kreacja świata przedstawionego była niczego sobie, szczególnie kiedy mówimy o przestrzeniach, w których rozgrywała się akcja. System magiczny, choć wciąż trochę zamglony, zapowiada się całkiem nieźle (niestety w tej części serii nie było za dużo magii). Podobała mi się także atmosfera tajemnicy, która otaczała główną bohaterkę i motyw z odkrywaniem jej przeszłości, którą wszyscy wierni jej ludzie przysięgli trzymać przed nią w tajemnicy z niewiadomego powodu. 

Minusów będzie niestety (albo i stety) trochę więcej i postaram się omówić każdy z nich, by nie pozostawić żadnych wątpliwości. Na sam początek przywołam koncept, którego nie rozumiem, czyli Przeprawa - mityczny koniec starego świata i początek nowego. W całej książce pojawiają się jedynie przebąkiwania na temat tego wydarzenia, które wymazało cały postęp technologiczny i cofnęło ludzi do czasów średniowiecza. Nigdzie nie zostało wyjaśnione co tak właściwie się stało, dlaczego i kiedy dokładnie (wiemy jedynie, że było to na długo przed urodzeniem Kelsea). Ludzie na kartach powieści nie wiedzą dużo na temat czasów sprzed Przeprawy, jednak Kelsea zdaje się mieć jakąś dogłębną wiedzę na ten temat. I tak, wiem, że jej opiekunka była historykiem omawianych czasów, a główna bohaterka czytała dużo książek, jednak nadal wplatanie wzmianek o książkach elektronicznych, czy Harrym Potterze wydała się dziwnie nie na miejscu wśród średniowiecznej scenerii, gdzie jedynym środkiem transportu są konie. Było to niepotrzebne i nie miało najmniejszego wpływu na fabułę, pozostawiło tylko niesmak.

Kolejną rzeczą jest forsowanie przy każdej okazji tematu książek, ich niezwykłej wartości i potrzeby głównej bohaterki by posiadać dużą kolekcję książek, nawet jeśli te miałyby zostać zabrane siłą z domów arystokratów. Pomijając fakt, że Kelsea powinna się martwić obroną swojego królestwa, a nie zbieraniem zamkowej biblioteczki, jej natarczywe próby by zmusić Buławę do przyznania, że literatura jest ważna były po prostu śmieszne. Trzecim punktem na mojej liście jest zbędne wplatanie przez autorkę wyrażeń i wątków erotycznych. Chodzi mi tu wyłącznie o kwestie językowe, gdyż żaden akt w powieści miejsca nie miał, ale jak na powieść skierowaną do nastoletniego czytelnika zdecydowanie brakuje tu wyczucia. Może się już czepiam, ale kiedy widzę wyraz 'rżnięcie' w odniesieniu do seksu w młodzieżówce coś mnie bierze. Pozostając przy języku i stylu: dialogi były często sztuczne i płaskie, a cała powieść napisana jest bez polotu. Czytało mi się ją bardzo topornie, po prostu nie mogłam się przez nią przebić.

Ostatnią kwestią, na którą chciałabym zwrócić uwagę, jest kreacja bohaterów. W całej powieści nie udało mi się znaleźć chociażby jednej postaci, która przyciągnęłaby moją uwagę. Kreacje Johansen są dwuwymiarowe, oparte na jednym pomyśle, inaczej mówiąc: brakuje im głębi. Kelsea, Buława, Thorne i inni są napisani w sposób by odzwierciedlali jedną wartość, są nieskomplikowani i puści, jak lalki. Tak na przykład, główna bohaterka to uosobienie dobroci, wyrozumiałości i stanowczości, jej wierny sługa Lazarus jest odważny i w pełni oddany królowej i jej sprawie, a Thorne to po prostu 'ten zły', który z bliżej niewyjaśnionych powodów stara się za wszelką cenę sabotować panowanie nowej władczyni.

Królowa Tearlingu mnie nie zachwyciła. Szczerze mówiąc, nie potrafię się też na nią porządnie zezłościć, mam do niej bardzo neutralny stosunek. Styl pisarki mnie nie urzekł, Kelsea uważam za co najmniej problematyczną i nie interesuje mnie co wydarzy się dalej. Całość była przewidywalna i nudna. Także jeżeli jednak zdecydujecie się po nią sięgnąć robicie to na swoją odpowiedzialność.


6