Ariana | Blogger | X X X X

19.07.2017

Recenzja / Królowa Tearlingu - Erika Johansen

org. "The Queen of the Tearling'' Erika Johansen / wyd. Galeria Książki 2015 / 485 stron

Królowa Tearlingu opowiada historię dziewiętnastoletniej Kelsea, dziedziczki tronu Tearlingu. Poznajemy ją w momencie, gdy straż królewska stawia się u drzwi leśnej chaty, w której dziewczyna spędziła całe swoje dotychczasowe życie, by odeskortować ją do stolicy. Tam Kelsea ma odebrać władzę z rąk jej wuja, dotychczasowego regenta królestwa. Nie brzmi zbyt skomplikowanie i ani trochę niebezpiecznie, haczyk jest jednak w tym, że Szkarłatna Królowa władająca sąsiednim państwem oraz sam regent za wszelką cenę nie chcą dopuścić do tego, by dziedziczka zasiadła na tronie. Droga do władzy Kelsea będzie długa i wyboista. Czy dziewczyna zdoła przeżyć i objąć władzę?

Królową Tearlingu kupiłam jakiś rok temu na jednej z wyprzedaży na stronie wydawnictwa zachęcona licznymi pozytywnymi recenzjami, zarówno w polskiej jak i w zagranicznej blogosferze. Polecała ją między innymi Regan z kanału PeruseProject, której wyborom ufam niemal bezgranicznie. Rozumiecie więc, że zabierając się wreszcie do tej powieści miałam wobec niej określone oczekiwania. Chciałam żeby świat mnie zaczarował i wciągnął, chciałam żeby była jakaś wartka akcja i postacie, z którymi można sympatyzować. Jednocześnie gdzieś z tyłu głowy przypominała o sobie świadomość, że to fantastyka dla młodzieży, nie wiadomo czego można się po niej spodziewać, jednak ja wciąż miałam nadzieję, że będzie się to przynajmniej przyjemnie czytało. Tyle o tym co chciałam, a teraz trochę o tym jak było rzeczywiście.




Zacznę może od plusów. Powieść Johansen wyróżnia się bardzo interesującą fabułą, a raczej pomysłem na fabułę, bo z realizacją wyszło jak wyszło. Kreacja świata przedstawionego była niczego sobie, szczególnie kiedy mówimy o przestrzeniach, w których rozgrywała się akcja. System magiczny, choć wciąż trochę zamglony, zapowiada się całkiem nieźle (niestety w tej części serii nie było za dużo magii). Podobała mi się także atmosfera tajemnicy, która otaczała główną bohaterkę i motyw z odkrywaniem jej przeszłości, którą wszyscy wierni jej ludzie przysięgli trzymać przed nią w tajemnicy z niewiadomego powodu. 

Minusów będzie niestety (albo i stety) trochę więcej i postaram się omówić każdy z nich, by nie pozostawić żadnych wątpliwości. Na sam początek przywołam koncept, którego nie rozumiem, czyli Przeprawa - mityczny koniec starego świata i początek nowego. W całej książce pojawiają się jedynie przebąkiwania na temat tego wydarzenia, które wymazało cały postęp technologiczny i cofnęło ludzi do czasów średniowiecza. Nigdzie nie zostało wyjaśnione co tak właściwie się stało, dlaczego i kiedy dokładnie (wiemy jedynie, że było to na długo przed urodzeniem Kelsea). Ludzie na kartach powieści nie wiedzą dużo na temat czasów sprzed Przeprawy, jednak Kelsea zdaje się mieć jakąś dogłębną wiedzę na ten temat. I tak, wiem, że jej opiekunka była historykiem omawianych czasów, a główna bohaterka czytała dużo książek, jednak nadal wplatanie wzmianek o książkach elektronicznych, czy Harrym Potterze wydała się dziwnie nie na miejscu wśród średniowiecznej scenerii, gdzie jedynym środkiem transportu są konie. Było to niepotrzebne i nie miało najmniejszego wpływu na fabułę, pozostawiło tylko niesmak.

Kolejną rzeczą jest forsowanie przy każdej okazji tematu książek, ich niezwykłej wartości i potrzeby głównej bohaterki by posiadać dużą kolekcję książek, nawet jeśli te miałyby zostać zabrane siłą z domów arystokratów. Pomijając fakt, że Kelsea powinna się martwić obroną swojego królestwa, a nie zbieraniem zamkowej biblioteczki, jej natarczywe próby by zmusić Buławę do przyznania, że literatura jest ważna były po prostu śmieszne. Trzecim punktem na mojej liście jest zbędne wplatanie przez autorkę wyrażeń i wątków erotycznych. Chodzi mi tu wyłącznie o kwestie językowe, gdyż żaden akt w powieści miejsca nie miał, ale jak na powieść skierowaną do nastoletniego czytelnika zdecydowanie brakuje tu wyczucia. Może się już czepiam, ale kiedy widzę wyraz 'rżnięcie' w odniesieniu do seksu w młodzieżówce coś mnie bierze. Pozostając przy języku i stylu: dialogi były często sztuczne i płaskie, a cała powieść napisana jest bez polotu. Czytało mi się ją bardzo topornie, po prostu nie mogłam się przez nią przebić.

Ostatnią kwestią, na którą chciałabym zwrócić uwagę, jest kreacja bohaterów. W całej powieści nie udało mi się znaleźć chociażby jednej postaci, która przyciągnęłaby moją uwagę. Kreacje Johansen są dwuwymiarowe, oparte na jednym pomyśle, inaczej mówiąc: brakuje im głębi. Kelsea, Buława, Thorne i inni są napisani w sposób by odzwierciedlali jedną wartość, są nieskomplikowani i puści, jak lalki. Tak na przykład, główna bohaterka to uosobienie dobroci, wyrozumiałości i stanowczości, jej wierny sługa Lazarus jest odważny i w pełni oddany królowej i jej sprawie, a Thorne to po prostu 'ten zły', który z bliżej niewyjaśnionych powodów stara się za wszelką cenę sabotować panowanie nowej władczyni.

Królowa Tearlingu mnie nie zachwyciła. Szczerze mówiąc, nie potrafię się też na nią porządnie zezłościć, mam do niej bardzo neutralny stosunek. Styl pisarki mnie nie urzekł, Kelsea uważam za co najmniej problematyczną i nie interesuje mnie co wydarzy się dalej. Całość była przewidywalna i nudna. Także jeżeli jednak zdecydujecie się po nią sięgnąć robicie to na swoją odpowiedzialność.


6